Prezenty na łyżwy cd.1
Drugie spotkaniei prezenty wypadło w styczniowy czwartek. Czwartek
jak czwartek; człowiek czyha już na weekend, ale też dobrze
wie, że został jeszcze piątek i różnie może być. Nie znoszę
tego uczucia i dlatego, celem skrócenia sobie czasu i
zaoszczędzenia na zdrowiu, poszedłem zwiedzać Annalath
Slash. Myślałem prosto. Jest styczeń; święta i Nowy Rok
wyszarpały ludziom resztki grosza z kieszeni krzesła, to i pewnie w
Annalath Place nie będzie większego tłumu. Mimo że upłynęło
już z dziesięć lat od otwarcia tego miejsca, cena biletu
wciąż przekraczała niejedną roczną pensyjkę - to dopiero prezent.
Szedłem przez opustoszałe miasto, a śnieg skrzypiał pod
moimi butami. Czułem się dobrze, bo mecenas Fralsky zgodził
się wreszcie na wymianę swoich pniaków i z przyjemnością
wyrwałem mu pół gęby. Rzecz jasna, pod narkozą. Miałem z nim
wcześniej kłopot, bo wymagał ode mnie cudów, a ja cudów
czynić nie potrafię. Zęby miał po prostu kiepskie. I tyle.
- Gdzie to zmierzamy, doktorku? - przez skrzyp przebił
się jakiś przyjemny głos. - Romantyczny spacer, prezenty?
Stanąłem. W świetle latarni, tuż pod chińskim sklepem
zobaczyłem Windy. Windy Collins albo może Windy Blowins,
jeśli wiecie, co mam na myśli. Wyglądała cudnie, co
podkreślali jeszcze przemykający obok niej ludzie. Jednych
śnieg mrozi i wyszczurza, innych oświetla jak w bajce. Windy
na pewno należała do tych drugich. Drobne płatki skrzyły się
w jej krótkich włosach, twarz pokraśniała od mrozu, a
strumyczek pary, który wydobywał się z pełnych ust, dodawał
wszystkiemu mgiełki tajemniczego powabu prezentów.
- Idę do Annalath Slash Bełchatów - powiedziałem całując jej
chłodny policzek. Pachniała lepiej niż wszystkie dolary, prezenty
które ściubiłem w bankach.
- O? Ty? - zdziwiła się. - Ty idziesz do Annalath Slash?
- A tak - byłem dumny, że mam opinię człowieka, który
niechętnie odwiedza miejsca spędu. - Liczę na małe prezenty i
zainteresowanie. Nie lubię prezentów. Może pójdziemy razem?
Windy uśmiechnęła się do przestraszonego żółtka, który
tak się na nią gapił, że aż trzasnął swoją głupią gębą w
przydrożny słup.
- Czemu nie. Chodźmy - podała mi ramię.
- To właśnie w tobie lubię. Spotykamy się pod małym,
chińskim sklepikiem, gdzie robiłaś drobne zakupy, i wiem, że
jeśli zaproponuję ci wyjazd do Indii, jest szansa, że
powiesz tak.
Szliśmy teraz razem i raźniej mi było słuchać skrzypu
naszych butów. Widzicie, cały problem ze mną polega na tym,
że ja nie lubię być sam. Nie lubię i nigdy nie lubiłem.
Ale oto doszliśmy do Annalath Slash. Gdziekolwiek
żyjecie, pewnie już wiecie, co to takiego, ale i tak
przypomnę wam co nieco. Będzie już kawałek czasu, jak prezenty Obcy
wylądował w samym środku Nowego Jorku. Pamiętam, że piłem
właśnie kawę w małym Donut-Shopie, a tu jak coś nie
pieprznie, ledwie kilka ulic dalej. Na chwilę zrobiło się
zupełnie ciemno, potem znowu jasno, a potem znowu ciemno.
- Ty - powiedział do mnie facet siedzący obok. - Jak
mogli wyłączyć prąd, jeśli mamy samo południe? Nie ma prawa
być ciemno.
Może i głupio to zabrzmiało, ale pytanie o prezenty było bardzo
trafne.
- Nie wiem - odpowiedziałem przestraszony. Od razu
pomyślałem też o tym aktorze, z którym byłem umówiony po
lunchu. Miałem mu wymienić prawego siekacza. - Jak tu
wymieniać siekacze? - zaniepokoiłem się na dobre. - Ciemno
jak w dupie.
Ktoś zaczął szlochać, ktoś inny wrzasnął. Brzęknęła
szyba. I kiedy myślałem już, że zaraz zawali się całe
miasto, znowu coś huknęło i naraz zrobiło się zupełnie
normalnie. Normalnie, czyli jasno.
Potem okazało się, że wylądował Obcy. Nic nie zniszczył,
osiadł gładko i czysto na samym środku Placu Trzech Aniołów.
Mało tego, pewnie wiecie też, że ten Obcy od razu wyszedł ze
swojego statku, postawił na ziemi walizę i przewrócił się
jak długi.
Od razu zbiegła się cała kupa ludzi. Wielu słyszało, jak
Obcy westchnął i powiedział coś jakby: "Annalath Slash - prezenty".
Cokolwiek by to znaczyło, problem polegał na tym, że nie
powiedział nic więcej. Pocałował chodnik, uśmiechnął się i
umarł.
jak czwartek; człowiek czyha już na weekend, ale też dobrze
wie, że został jeszcze piątek i różnie może być. Nie znoszę
tego uczucia i dlatego, celem skrócenia sobie czasu i
zaoszczędzenia na zdrowiu, poszedłem zwiedzać Annalath
Slash. Myślałem prosto. Jest styczeń; święta i Nowy Rok
wyszarpały ludziom resztki grosza z kieszeni krzesła, to i pewnie w
Annalath Place nie będzie większego tłumu. Mimo że upłynęło
już z dziesięć lat od otwarcia tego miejsca, cena biletu
wciąż przekraczała niejedną roczną pensyjkę - to dopiero prezent.
Szedłem przez opustoszałe miasto, a śnieg skrzypiał pod
moimi butami. Czułem się dobrze, bo mecenas Fralsky zgodził
się wreszcie na wymianę swoich pniaków i z przyjemnością
wyrwałem mu pół gęby. Rzecz jasna, pod narkozą. Miałem z nim
wcześniej kłopot, bo wymagał ode mnie cudów, a ja cudów
czynić nie potrafię. Zęby miał po prostu kiepskie. I tyle.
- Gdzie to zmierzamy, doktorku? - przez skrzyp przebił
się jakiś przyjemny głos. - Romantyczny spacer, prezenty?
Stanąłem. W świetle latarni, tuż pod chińskim sklepem
zobaczyłem Windy. Windy Collins albo może Windy Blowins,
jeśli wiecie, co mam na myśli. Wyglądała cudnie, co
podkreślali jeszcze przemykający obok niej ludzie. Jednych
śnieg mrozi i wyszczurza, innych oświetla jak w bajce. Windy
na pewno należała do tych drugich. Drobne płatki skrzyły się
w jej krótkich włosach, twarz pokraśniała od mrozu, a
strumyczek pary, który wydobywał się z pełnych ust, dodawał
wszystkiemu mgiełki tajemniczego powabu prezentów.
- Idę do Annalath Slash Bełchatów - powiedziałem całując jej
chłodny policzek. Pachniała lepiej niż wszystkie dolary, prezenty
które ściubiłem w bankach.
- O? Ty? - zdziwiła się. - Ty idziesz do Annalath Slash?
- A tak - byłem dumny, że mam opinię człowieka, który
niechętnie odwiedza miejsca spędu. - Liczę na małe prezenty i
zainteresowanie. Nie lubię prezentów. Może pójdziemy razem?
Windy uśmiechnęła się do przestraszonego żółtka, który
tak się na nią gapił, że aż trzasnął swoją głupią gębą w
przydrożny słup.
- Czemu nie. Chodźmy - podała mi ramię.
- To właśnie w tobie lubię. Spotykamy się pod małym,
chińskim sklepikiem, gdzie robiłaś drobne zakupy, i wiem, że
jeśli zaproponuję ci wyjazd do Indii, jest szansa, że
powiesz tak.
Szliśmy teraz razem i raźniej mi było słuchać skrzypu
naszych butów. Widzicie, cały problem ze mną polega na tym,
że ja nie lubię być sam. Nie lubię i nigdy nie lubiłem.
Ale oto doszliśmy do Annalath Slash. Gdziekolwiek
żyjecie, pewnie już wiecie, co to takiego, ale i tak
przypomnę wam co nieco. Będzie już kawałek czasu, jak prezenty Obcy
wylądował w samym środku Nowego Jorku. Pamiętam, że piłem
właśnie kawę w małym Donut-Shopie, a tu jak coś nie
pieprznie, ledwie kilka ulic dalej. Na chwilę zrobiło się
zupełnie ciemno, potem znowu jasno, a potem znowu ciemno.
- Ty - powiedział do mnie facet siedzący obok. - Jak
mogli wyłączyć prąd, jeśli mamy samo południe? Nie ma prawa
być ciemno.
Może i głupio to zabrzmiało, ale pytanie o prezenty było bardzo
trafne.
- Nie wiem - odpowiedziałem przestraszony. Od razu
pomyślałem też o tym aktorze, z którym byłem umówiony po
lunchu. Miałem mu wymienić prawego siekacza. - Jak tu
wymieniać siekacze? - zaniepokoiłem się na dobre. - Ciemno
jak w dupie.
Ktoś zaczął szlochać, ktoś inny wrzasnął. Brzęknęła
szyba. I kiedy myślałem już, że zaraz zawali się całe
miasto, znowu coś huknęło i naraz zrobiło się zupełnie
normalnie. Normalnie, czyli jasno.
Potem okazało się, że wylądował Obcy. Nic nie zniszczył,
osiadł gładko i czysto na samym środku Placu Trzech Aniołów.
Mało tego, pewnie wiecie też, że ten Obcy od razu wyszedł ze
swojego statku, postawił na ziemi walizę i przewrócił się
jak długi.
Od razu zbiegła się cała kupa ludzi. Wielu słyszało, jak
Obcy westchnął i powiedział coś jakby: "Annalath Slash - prezenty".
Cokolwiek by to znaczyło, problem polegał na tym, że nie
powiedział nic więcej. Pocałował chodnik, uśmiechnął się i
umarł.
